Są rzeczy, których nie da się zaplanować. Atmosfera jest jedną z nich.
Można rozstawić namioty, zamówić catering i ogłosić event na Facebooku, ale to czy ludzie naprawdę poczują się dobrze, zależy od czegoś zupełnie innego. Od tego, czy ktoś znajomy macha do nich już z daleka. Od zapachu dymu z grilla zanim jeszcze dojdą na miejsce. Od muzyki, która niesie się przez ranczo i sprawia, że nogi same zaczynają szybciej pracować. Na naszym festynie to wszystko zagrało.
Od początku czuć było, że nikt tu nie przyszedł z obowiązku. Nie było tego specyficznego napięcia imprez, na których wszyscy czekają aż ktoś inny zacznie się bawić. Pierwsze rozmowy zaczęły się przy wejściu, pierwsze zdjęcia jeszcze zanim ktokolwiek zdążył zjeść. A kiedy odezwała się muzyka, plac błyskawicznie zamienił się w parkiet.
Tańczyło się samo. Wystarczył jeden uśmiech i wyciągnięta ręka, a potem już tylko śmiech, obroty i ta szczególna lekkość, którą zna każdy kto choć raz bawił się na prawdziwym festynie. Przy grillu tempo zwalniało w najlepszy możliwy sposób. Talerz w ręce, rozmowa bez celu, żart który wraca co chwilę. Nikt nie patrzył w telefon.
Kolorowe race dymne pojawiły się w momencie którego nikt się nie spodziewał. Czerwień, róż i błękit uniosły się nad głowami i przez chwilę wszyscy zrobili to samo: odwrócili się, spojrzeli w górę i poczuli że dzieje się coś fajnego. Takich chwil nie da się zaplanować, można je co najwyżej stworzyć.
Dziękujemy wszystkim którzy byli. Za obecność, rozmowy i za to że daliście się porwać. Do zobaczenia następnym razem.












































